Piątek, 6 grudnia 2019

imieniny: Mikołaja, Jaremy, Leontyny

RSS

Mam na imię Teresa. Jestem alkoholiczką

16.11.2019 13:00 | 2 komentarze | OK

Zaczęło się od niewinnego drinka, który miał przynieść ukojenie po ciężkim dniu w pracy i pustce w domu. Z czasem było ich coraz więcej, więc do picia potrzebna już była mądra strategia. Trzeba było zmieniać sklepy i znajdować nowe skrytki, bo Teresa, jak większość kobiet, piła w ukryciu i w samotności, nie opuszczając domu.

Mam na imię Teresa. Jestem alkoholiczką
zdjęcie poglądowe
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Tak trudno jest wybaczać

Do wspomnień z dzieciństwa wraca niechętnie. Beztroskich chwil było w nim niewiele, za to obrazy ucieczek, awantur i ciągłej agresji wbiły się w pamięć dziecka niczym odłamki szkła. Z czworga rodzeństwa była najstarsza, dlatego najszybciej zrozumiała co się w domu dzieje i najszybciej postanowiła go opuścić.

Rodzice Teresy byli drugim pokoleniem nauczycieli w rodzinie. Pracowali w tej samej wiejskiej szkole. Ojciec uczył przedmiotów ścisłych, a mama geografii i nauczania początkowego. Ze swych skromnych pensji musieli utrzymać sześcioosobową rodzinę i pewnie udałoby się jakoś związać koniec z końcem, gdyby nie alkohol. – Ojciec pił coraz więcej, aż w końcu zwolnili go z pracy. W domu były cały czas awantury i pamiętam, że często uciekaliśmy przed jego gniewem do sąsiadów albo znajomych. Wracaliśmy dopiero wtedy, jak mieliśmy pewność, że śpi. Bił nas wszystkich, a ja nie mogłam pojąć dlaczego mama jeszcze z nim jest. Później zrozumiałam, że mieszkaliśmy na wsi i takie problemy miało tam wiele rodzin. To było specyficzne środowisko. Wszyscy o wszystkim wiedzieli, ale nikt nie był w stanie nam pomóc – wspomina po latach.

Po piątej klasie podstawówki Teresa trafiła do dziadka, który mieszkał w Warszawie. Nauczyciel, pracownik ministerstwa, a potem urzędu wojewódzkiego mieszkał sam, bo od wielu lat był rozwodnikiem. W niewielkim mieszkaniu, które zajmował, nie było żadnych luksusów, ale mógł zapewnić wnuczce przede wszystkim spokojną naukę. – Bardzo tęskniłam za mamą i rodzeństwem. Potrzebowałam jej, bo właśnie dorastałam i nie miałam nikogo, z kim mogłabym o swoich problemach porozmawiać – wspomina Teresa, która na wakacje musiała wracać do domu, a tam było coraz gorzej. – Pierwszy raz uciekłam po szóstej klasie podstawówki. Znalazłam schronienie u brata mamy, który mieszkał kilka kilometrów dalej. Wujek odwiózł mnie jednak na drugi dzień do mamy, bo wiedział, że się będzie martwić – podsumowuje.

Po skończonej podstawówce Teresa wróciła w rodzinne strony i rozpoczęła naukę w Zasadniczej Szkole Rolniczej, po której kontynuowała naukę w technikum. – Mama utrzymywała całą rodzinę. Mieliśmy kawałek pola, trochę zwierząt, więc jakoś sobie radziliśmy, ale picie ojca było nie do wytrzymania, więc gdy tylko zdałam maturę, wróciłam do dziadka – tłumaczy. Zaczęła pracę w Warszawie na Żoliborzu, ale codzienne dojazdy pociągami zajmowały jej ponad trzy godziny, więc przeniosła się do wydziału ewidencji ruchu ludności urzędu powiatowego w Otwocku, gdzie pozostała aż do urodzenia pierwszego dziecka. Do rodzinnego domu przestała wracać. Mamę odwiedzała w szkole, a nocowała u teściów, którzy mieszkali w jej rodzinnej wsi. Z ojcem spotkała się ostatni raz gdy leżał umierający w szpitalu. – Pojechałam, żeby się z nim pogodzić, ale nie potrafiłam mu wybaczyć mojego zmarnowanego dzieciństwa – mówi Teresa.

Dom z widokiem na niebo

Po ślubie swoją przyszłość postanowiła związać ze stolicą, w której pracował jej mąż. Gdy na świecie pojawiło się dziecko, dziadkowe szesnaście metrów kwadratowych ze wspólną łazienką, ale bez kuchni, okazało się prawdziwym wyzwaniem. Wytrzymali dwa lata. Brak perspektyw na otrzymanie jakiegokolwiek mieszkania zweryfikował ich plany. – Raciborskie Rafako dawało nie tylko pracę, ale i mieszkanie. To była dla nas szansa. Zapewniono nas, że za trzy lata będziemy już na swoim, więc decyzję o przeprowadzce podjęliśmy jeszcze tego samego dnia – tłumaczy Teresa.

Na początku wynajmowali mieszkanie w Studziennej, a potem na Płoni. – Wprowadziliśmy się do budynku, który dziesięć lat wcześniej przeznaczono do wyburzenia. Stał niedaleko baru „U Millera”. Oprócz nas w kamienicy mieszkała jeszcze jedna rodzina. Gdy weszliśmy do środka okazało się, że przez sufit przebija niebo. Ubikacja była na zewnątrz, łazienki w ogóle nie było, a ogrzewaliśmy piecem, na którym się również gotowało. Koledzy męża pomogli w remoncie i dopóki było ciepło, można tam było wytrzymać. Jesienią zaczęły nas zalewać deszcze, a zimą zrobiło się tak chłodno, że zamarzała nam woda w wiadrze. Jak przyszedł do nas kiedyś listonosz, to się zdziwił, że w takich warunkach można mieszkać – opowiada Teresa.