środa, 11 grudnia 2019

imieniny: Damazego, Waldemara, Artura

RSS

Od Murzyna do rzutu duchem do pojemnika

31.10.2019 10:30 | 1 komentarz | web

W sobotnie popołudnie dzwoni koleżanka: Jesteście w domu? Wiem, że moja odpowiedź w tym przypadku się nie liczy, bo jak Ala ma jakiś biznes to i tak nas dopadnie. Dziwne było tylko to, że zadzwoniła po roku „zamrożenia stosunków”. Poszło o drobiazg: upierałem się, że słowo „Murzyn” wcale nie jest obraźliwe i odmówiłem określania Afroeuropejczykiem czarnoskórego „frienda” jej siostry. A kiedy dorzuciłem, że słowo Murzyn przyszło od nas z łaciny i czeskiego (co jest świętą prawdą), Alunia uznała, że „robię sobie jaja” bo jestem rasistą.

Od Murzyna do rzutu duchem do pojemnika
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Złośliwy komentarz tygodnia

W sobotnie popołudnie dzwoni koleżanka: Jesteście w domu? Wiem, że moja odpowiedź w tym przypadku się nie liczy, bo jak Ala ma jakiś biznes to i tak nas dopadnie. Dziwne było tylko to, że zadzwoniła po roku „zamrożenia stosunków”. Poszło o drobiazg: upierałem się, że słowo „Murzyn” wcale nie jest obraźliwe i odmówiłem określania Afroeuropejczykiem czarnoskórego „frienda” jej siostry. A kiedy dorzuciłem, że słowo Murzyn przyszło od nas z łaciny i czeskiego (co jest świętą prawdą), Alunia uznała, że „robię sobie jaja” bo jestem rasistą.

Oho, chyba jednak siostrze z Murzynem coś nie pykło – skomentowałem do żony zaistniałą sytuację, co jednak moja ukochana odwzajemniła spojrzeniem bazyliszka i pogróżką, że jeśli przy Alicji znów podejmę ten temat, albo jakikolwiek inny, ale w „tym stylu”, to ona w wyborach prezydenckich zagłosuje na Biedronia. Mając taki wybór, potulnie obiecałem najwyższy stopień tolerancji i umiaru w formułowaniu wypowiedzi.

Gdzie spędzacie w tym roku Halloween? – zapytała koleżanka gdzieś przy trzecim łyku kawy, powodując zadławienie się przeze mnie kokosowym jeżykiem. Moja żona zareagowała odmiennie, zastygając w bezruchu jak gekon. O dziwo, nawet nie spojrzała na mnie morderczo, kiedy po odzyskaniu mowy, odpowiedziałem Ali pytaniem na pytanie: To Halloween w ogóle gdzieś się spędza?

Bo może byśmy poszli z dzieciakami na helołinowe kręgle na OSiR? – Ala pięknie udawała, że nie zauważyła naszego szoku. Super! A będziemy celować kulami z dyni w kręgle w kształcie wampirów? – powoli się rozkręcałem, ale żona już odzyskała czujność. Wiesz Ala, dzieci już od tygodnia kaszlą, a pogoda we Wszystkich Świętych ma być pod psem, więc nie chcę, żeby się całkiem rozłożyły – ratowała sytuację moja małżonka. Jak to? – zabulgotałem w sobie na ten obłudny konformizm małżonki. Szalę mojej krótkiej, wewnętrznej walki przeważyło jednak jej błagalne spojrzenie, mówiące, że zagłosuje nawet na Korwina, bylem tylko skończył. Dodałem więc tylko, że w końcu kręgle nie zając, nie uciekną. Ala porzuciła wszelkie nadzieje i poszła.

Po jej wyjściu zajrzałem do internetu, bo jakoś nie chciało mi się wierzyć, że nasz OSiR, podlegający aż trzem ultrakatolickim prezydentom, organizuje jakieś neopogańskie „helołiny”. Na stronie internetowej OSiR-u czas zatrzymał się jednak we wrześniu (zakładka „kalendarz imprez”), a po kliknięciu w kolejny guzik („OSiR”) zostałem powitany newsem, że „Ośrodek Sportu i Rekreacji w Raciborzu został powołany do życia uchwałą Rady Narodowej w Raciborzu nr. 28/196/66 z dnia 30.12.1966 roku”. Cóż, przyznaję, nie wiedziałem o tej fascynującej karcie z historii.

Chwilowo jednak zostawiłem sobie na później delektowanie się stroną internetową Ośrodka i zacząłem szukać na fejsbuku. No i bingo! Jest zaproszenie OSiR-u „dla dzieci i nie tylko do spędzenia tegorocznego Halloween na kręgielni OSiR”. Z tym, że grzeczniutko, nie powiem, grzeczniutko… Żadnego tam panie rzucania dyniami, zero wampirów czy wywoływania duchów. Jest tylko info, że wstęp kosztuje 15 zł, a „limit osób ograniczony” (bo jak wiadomo normą są limity nieograniczone). No i jest oczywiście tzw. call to action: „Lubisz się bać, lubisz adrenalinę i dobrą zabawę, to zapraszamy do zapisów.”

Moja nieoceniona żona, tymczasem, wynalazła na kilku tzw. portalach parentingowych (to takie strony internetowe, gdzie najczęściej zadawane pytanie użytkowników brzmi: dziecko płacze, co robić?), przykłady zabaw helołinowych rekomendowane przez autorów dla przedszkoli i szkół. Najbardziej urzekły mnie: „rzut duchem do pojemnika”, „przyklejanie zębów do twarzy wampira”, „strącanie dynią duszków po szlaku z papieru toaletowego”, „pieczenie strasznych mumii z ciasta” i robienie „strasznych jajek – pisanek”. Ciekawa wydała nam się też zabawa w uzupełnianie przez dzieci słów w opowieści czytanej przez dorosłego: „Kiedy dzieci doszły do nawiedzonego domu zobaczyły .... . To przestraszyło Kasię tak bardzo, że się nagle odwróciła i zobaczyła, że .... pełza po plecach Stasia! (itd.)”

W końcu, zaczęliśmy się z żoną zastanawiać, jaki błąd wychowawczy popełniliśmy, że nasze kilkuletnie dzieci jednak nie tęsknią za tym by się bać, do tej pory (chyba) nie wiedzą czy lubią adrenalinę, a jajka – pisanki kojarzą im się tylko z Wielkanocą? Czy my im czasem nie rujnujemy życia?

bozydar.nosacz@outlook.com

Zobacz pozostałe teksty Bożydara


Masz informację, która nadawałaby się do tej rubryki i chcesz się nią podzielić? Napisz: bozydar.nosacz@outlook.com