Niedziela, 25 sierpnia 2019

imieniny: Ludwika, Luizy, Patrycji

RSS

Uchodźcy z Syrii pod opieką sióstr

16.06.2019 07:00 | 4 komentarze | red

Czy są w Polsce azylanci? Uchodźcy z Syrii, kraju objętego straszliwą wojną, której końca jej widać? Rząd polski powiedział kiedyś zdecydowane „nie”, nie przyjmujemy, musimy dbać o bezpieczeństwo naszych obywateli. Zasada ta ma wyjątki - pisze ks. Jan Szywalski.

Uchodźcy z Syrii pod opieką sióstr
Rodzina uchodźców syryjskich: Mary, Joseph, Lina, Joy i Shadi
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Nasz ks. bp Andrzej Czaja już przed laty kazał organizacji diecezjalnego Caritas przygotować miejsca na ewentualne ich przyjęcie. Nie było nigdy masowego przypływu azylantów, skończyło się na kilku rodzinach, które się u nas osiedliły zanim granice zostały uszczelnione. Niektóre z nich wyemigrowały dalej, na Zachód, jednak w naszej diecezji opolskiej pozostały dwie rodziny: jedna mieszka w Opolu, druga w Dobrodzieniu. Pieczę nad nimi ks. biskup powierzył naszym siostrom z Annuntiaty; wiedział, że misjonarki znają inne języki i mają doświadczenie w obcowaniu z ludźmi innych kultur.

Rodziną w Opolu zajmują się siostry tamtejszego domu siostrzanego, zaś z rodziną w Dobrodzieniu kontakt otrzymają siostry z Raciborza. Już sama życzliwość im okazywana i możliwość rozmowy z kimś jest dla nich ważna, bo na ogół azylanci są izolowani, m.in. przez barierę językową. Bliższych informacji udzielają mi s. Dolores i s. Celina.


– Ks. biskup Andrzej Czaja wyłamał się z ogólnego bojkotu dania azylu uchodźcom i przyjął kilka rodzin z Syrii.

– Można tak powiedzieć. Sześć lat temu Episkopat polski był za przyjęciem uchodźców i kilka rodzin przybyło wtedy do naszego kraju. Niektóre, po niedługim czasie, pojechały na Zachód, ale są rodziny, które pozostały w naszym kraju, dwie są w naszej opolskiej diecezji.

Przyjechały z Syrii, konkretnie z Damaszku, stolicy kraju, znanej nam z telewizji jako miasto naj

bardziej zniszczone. Nie mieli tam szans przeżycia. Zostali do Polski sprowadzeni przez organizację „Estera”, która chce ratować chrześcijan. Założyła ją Miria Shaded, osoba syryjskiego pochodzenia, mieszkająca jednak od wielu lat w Polsce, która zobowiązała się pomóc chrześcijanom wydostać się z Syrii. Organizacja miała przez pewien czas drzwi otwarte, obiecała też wesprzeć ich tu na miejscu, choć konkretnie różnie ta pomoc wyglądała.

– Jaką drogą przybyli, czy przez Bałkany?

– Nie wiemy dokładnie, ale gdy potem owa rodzina sprowadziła jeszcze swą matkę, ta przyleciała samolotem z Libanu.

– Wiem, że Caritas Polska przygotowywał się na przyjęcie uchodźców. Miało być dla nich przygotowane jedno mieszkanie w każdym dekanacie.

– Jedna rodzina zamieszkała u nas, w opolskiej diecezji, druga była pierwotnie w Poznaniu, ale sprowadzono ją do nas. Myśmy słyszeli apel biskupa i zareagowaliśmy. Wiedzieliśmy, że są w naszej opolskiej diecezji, ale nie wiedzieliśmy gdzie; potem dowiedzieliśmy się, że usadowili się w Głogówku. Proboszcz tamtejszy podał nam adres człowieka, który użyczył im domu. Pojechaliśmy tam do nich: mieszkali na skraju lasu, dom był od dawana opuszczony i zapuszczony, nosił jeszcze ślady popowodziowe. Obok stały dwa inne domy, ale właściciele zaglądali do nich tylko na weekendy, tak, że rodzina syryjska była zupełnie opuszczona i osamotniona. Postaraliśmy się o pewne meble i podstawowe rzeczy potrzebne do normalnego życia. Potem od czasu do czasu zaglądaliśmy do nich. Bardzo się z tego cieszyli, bo mieli przynajmniej do kogo usta otworzyć.

– W jakim języku toczyły się rozmowy?

– Po angielsku; obecnie z dziećmi można już rozmawiać po polsku.

Opowiadali nam, że na początku, kiedy już nic nie mieli do życia, bardzo się modlili – i wtedy myśmy się zjawiły z torbami pełnymi

jedzenia. Odczuli to jako znak, że Opatrzność Boża czuwa nad nimi.

– Taki więc był początek...

– Zaczęliśmy szukać dla nich innego miejsca, bo o mało nie zaczadzili się tam od starego pieca.

– Nikt się nie interesował, by im dopomóc?

– My zwróciliśmy się do ks. biskupa opisując sytuację; on zaś powierzył sprawę diecezjalnemu dyrektorowi Caritasu ks. Arnoldowi Drechslerowi, ten zaś począł szukać dobrodziejów. Zainteresował się ich losem salon meblowy Kler w Dobrodzieniu. Ten dał im do dyspozycji w Dobrodzieniu domek oraz wyposażył we wszystko, co do zamieszkania jest potrzebne, a więc w meble itd., oraz dał... ojcowi pracę. Dzieci zaś od tego czasu chodzą do szkoły.

Staramy się przynajmniej raz na miesiąc zaglądać do nich, albo też oni przyjeżdżają do nas. Zawozimy im żywność i ubrania, ale też wspieramy finansowo. Potrzebują dużo na lekarstwa, on choruje, a od roku mają przy sobie chorą matkę; jest też trójka dzieci.

– Wspomniałyście, że sprowadzili starą matkę z Syrii.

– Pomogła w tym firma meblowa Kler. Staruszka przyleciała samolotem do Pragi. Wzruszające było przywitanie: syn ukląkł przed nią i ucałował jej ręce. Jest bardzo chora, ma nowotwór, leczy się w Opolu. Żyją skromnie, dopomagamy na ile potrafimy.

– Jak są przyjęci przez mieszkańców Dobrodzienia?

– Czują się na marginesie. Istnieje zresztą bariera językowa. Może też oni nie wychodzą naprzeciw ludziom? Są chrześcijanami: matka na pewno jest katoliczką, żona jest prawosławną, on chyba należy do któregoś z wyznań protestanckich. Niestety, księża się nimi nie

interesują, nigdy ich u nich nie spotkaliśmy. Mieszkają ok. 300 m od kościoła i czasem do niego chodzą.

– W jaki sposób można ich wspomagać?

– Zawsze im zawozimy jedzenie. Oni wolą naturalnie to swoje, ale sklep ze wschodnimi potrawami jest w Opolu i jest dość drogi. Najlepiej można im pomóc wspierając finansowo.

Jeżeli ich pytamy to mówią, że najbardziej zależy im na lekarstwach. Podstawowe rzeczy potrzebne do życia już mają. On przeszedł niedawno operację przepukliny. Może się przerobił? Nie był przyzwyczajeni do naszego tempa pracy; tam był fryzjerem, miał przerwy w swej pracy, tu w firmie meblowej jest ciąg ośmiu godzin fizycznego wysiłku.

Gdy do nich przyjeżdżamy zawsze nas goszczą, stół jest bogato zastawiony. Staramy się wymawiać od jedzenia, ale nic nie pomaga: musimy z nimi zasiąść do stołu.

Chcemy utrzymać dalej z nimi kontakt, bo widzimy, że im na tym zależy. Przy każdym spotkaniu chcą, byśmy pozostali dłużej: „czemu się tak spieszycie?”. Cenią sobie nasze odwiedziny, chcą z kimś porozmawiać. Mamy wrażenie, że jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy się nimi interesują. Dobrodzień to miasteczko bogate, ale nie widzimy, by ktoś się z nimi kontaktował.

Bardzo się boją muzułmanów. Pokazali nam zdjęcie z obrazem Matki Bożej ze Sri Lanki – tam,gdzie był ów straszny atak terrorystyczny – na którym Najświętsza Maryja płacze. Pytałyśmy, czy nie chcą wyemigrować do Niemiec? – Nie, jesteśmy chrześcijanami, a Polska jest krajem bezpiecznym. Mówiłam im, że byłam na misjach w Afryce i żyłyśmy z muzułmanami obok siebie w zgodzie, ale oni się ich po prostu boją, bo „widzieliśmy co dzichadyści wyprawiali u nas w Syrii”.

Rozmawiał ks. Jan Szywalski