Sobota, 20 lipca 2019

imieniny: Czesława, Hieronima, Eliasza

RSS

Marcin z Wodzisławia nie żyje. Lekarze twierdzili, że nie ma dla niego wolnego łóżka

14.04.2019 13:00 | 14 komentarzy | mak, juk

35-letni Marcin Kłosek z Wodzisławia Śląskiego zmarł na zawał. Wcześniej ponad 10 godzin czekał na przyjęcie do szpitala. Po jego śmierci ukarano lekarzy z Rydułtów, którzy twierdzili, że dla pacjenta nie ma miejsca na oddziale. - Nasz syn miał żonę i 2-letnie dziecko. Był taki szczęśliwy. Dlaczego lekarze mu nie pomogli? Przecież on mógł żyć! - wierzą zrozpaczeni rodzice, Małgorzata i Leon Kłoskowie.

Marcin z Wodzisławia nie żyje. Lekarze twierdzili, że nie ma dla niego wolnego łóżka
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

„Dwa wolne miejsca”

Około godz. 16.30 żona pana Marcina oraz jego ojciec - pan Leon, jadą do szpitala w Wodzisławiu. - Chcieliśmy zawieźć mu najpotrzebniejsze rzeczy, pastę do zębów, kapcie - mówi pan Leon. Na miejscu okazało się, że mężczyzna dalej przebywa na izbie przyjęć. To zaniepokoiło rodzinę. A jeszcze bardziej stan, w jakim znajdował się 35-latek. - Raz leżał, raz siadał. Spocony, czuł drgawki - wspomina ojciec mężczyzny. I dodaje: - Zostawiłem młodych na chwilę, żeby mogli porozmawiać sami. Jak mąż z żoną. Ale po jakimś czasie synowa podeszła do mnie i powiedziała mi, że przewiozą Marcina do Rydułtów, bo są dwa wolne miejsca na oddziale.

Podróż na darmo

Ojciec i żona pana Marcina wsiedli do samochodu. Kierunek - Rydułtowy. Docierają na miejsce. Karetka z panem Marcinem na pokładzie stoi pod izbą przyjęć rydułtowskiego szpitala. I nagle szok. Komunikat, że nie ma wolnych łóżek. Mimo że miejsca miały być. Ambulans ma wracać do Wodzisławia. - Nawet Marcina z karetki nie wyciągnęli. Zatrzasnęli drzwi szpitala. Bez udzielenia pomocy - kręci z niedowierzaniem głową pan Leon.

Ostatnia wiadomość

Chory znów trafia na izbę przyjęć do Wodzisławia. - Pan doktor chodził z telefonem przy uchu i mówił, że szuka wolnego miejsca - relacjonuje pan Leon. - Tyle godzin minęło, a oni dalej szukali wolnego miejsca. A Marcin czuł się tylko gorzej. W pewnym momencie wyprosili nawet jego żonę z sali, bo mieli mu coś robić - opowiada ojciec.

Wreszcie rodzina 35-latka dostaje komunikat. O godz. 22.00 - po prawie 10 godzinach od pojawienia się mężczyzny na izbie przyjęć - po pacjenta przyjedzie karetka z Raciborza. Ustalenia są takie - bliscy pana Marcina jadą do domu. Proszą go o kontakt. O godz. 22.27 pan Marcin pisze do żony SMS-a, że przebywa w raciborskim szpitalu. Trafił na oddział chorób wewnętrznych. Jak się okazało, była to ostatnia wiadomość, jaką napisał.

– Ten SMS nas uspokoił. Wiedzieliśmy, że Marcin został wreszcie przyjęty na oddział. Wierzyliśmy, że będzie dobrze. Rano chcieliśmy do niego jechać - mówi pani Małgorzata, matka. Stało się inaczej. Po godz. 3.00 bliskich pana Marcina obudził telefon ze szpitala. Z prośbą, żeby przyjechać. Rano żona mężczyzny była już w Raciborzu. Ale takich wiadomości się nie spodziewała. - Pan doktor kazał jej usiąść... Wtedy już wiedziała. Ponad godzinę Marcin był reanimowany. Nie udało się go uratować - mówi matka mężczyzny. Łzy same napływają jej do oczu.

O godz. 2.00 nastąpiło nagłe pogorszenie stanu pacjenta z zatrzymaniem krążenia. Lekarze podjęli natychmiastową resuscytację krążeniowo-oddechową. Sekcja zwłok potwierdziła „ostry zawał serca podwsierdziowy, chorobę serca i naczyń krwionośnych w przebiegu miażdżycy oraz zatrzymanie krążenia”.