środa, 24 października 2018

imieniny: Marcina, Rafała, Arety

RSS

Kultura

WYNIKI WYBORÓW 2018:

Najwięksi z wielkich. Kim oni są?

15.07.2018 07:00 | 0 komentarzy | red

- Myślę o wielu kobietach i mężczyznach uczciwie pracujących, z miłością, w pocie czoła pracujących, pokornie czyniącym zadość swoim licznym, a najróżniejszym obowiązkom: zawodowym, rodzinnym, domowym. Chcę Wam powiedzieć: jesteście wielcy - pisze ks. Łukasz Libowski.

Najwięksi z wielkich. Kim oni są?
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Perfekcyjna pani domu

Czytałem jakiś czas temu, z końcem bodaj pierwszego semestru właśnie zakończonego przeze mnie roku akademickiego (piszę te słowa, siedząc w Subwayu na warszawskim dworcu i czekając na pociąg, który zawiezie mnie na kilkudniowe wakacje), powieść Sándora Máraia pt. „Żar”. Przypominam sobie to niedzielne przedwiosenne popołudnie, deszczowe, roztopowe, które upłynęło mi na lekturze książki Máraia, z niemałym przejęciem; i nie bez niejakiego sentymentu, bo chwile błogiej lektury, takiej, która całkowicie mnie pochłania, takiej, która na długo nie daje mi potem o sobie zapomnieć, jaka przytrafiła mi się właśnie z „Żarem” Máraia, zdarzają mi się coraz rzadziej. Sądzę, że jest tak dlatego, że już trochę w życiu (dodam, bo brzmi to nieco jak wyznanie człowieka dojrzałego: w swoim życiu trzydziestoletnim) przeczytałem, a skutkiem tego okrzepłem, tak, że tekst pierwszy lepszy do mnie nie dociera – myślę tu o docieraniu na głębszym poziomie; nie, nie porusza byle jaki tekst strun mojej duszy, nie trafia w literackie moje gusta.

Ów „Żar” Máraia to rzecz nieduża, ale absolutnie doskonała. Wszystkim gorąco polecam. Chcę z tego dzieła wydobyć jedno tylko zdanie – zdanie, które od owego pamiętnego popołudnia niedzielnego niejednokrotnie do mnie powracało i które w związku z tym parę razy sobie przemyśliwałem. Otóż zaraz z początku utworu, kiedy narrator przedstawia bohaterów opowiadanej przez siebie historii, o gosposi generała (imienia sobie, przepraszam, nie wspomnę: oto, proszę Państwa, urok tekstów płodzonych w podróży), postaci drugoplanowej, zapoznani z jej fizjonomią, charakterem i historią, czytamy, że (i znów zdradzam, żem w podróży: będzie parafraza w miejsce cytatu) wszystkie swoje obowiązki wypełniała – raz, że z wielkim oddaniem, z uczuciem, z sercem, z zaangażowaniem, a dwa, wzorcowo, perfekcyjnie, tak, że, w efekcie, nikt w domu generała nie zauważał jej obecności, jej pracy. Gosposia bowiem nigdy niczego nie była nie dopatrzyła, a przez to ani razu nie stworzyła ona swoim gospodarzom okazji po temu, aby byli zmuszeni ją napomnieć czy zganić, zwrócili na nią uwagę (głowy nie daję, że niczego tu nie przeinaczam; spisuję to, co pamiętam i jak pamiętam).

Być jak gosposia

Czyż postawa gospodyni generała nie jest przyjmująca? Ta prostota, ta swoista jednozadaniowość, ta wierność obowiązkowi, to oddanie, ta skromność, pokora – czyż nie zachwycają, nie imponują? Mnie przeszywają, mnie dotykają do trzewi. To jest, jak dla mnie, największa wielkość. A jako chrześcijanin muszę dodać: to jest dla mnie mistyka, to jest świętość. Nigdy człowiek nie jest tak wielki, a zarazem tak święty – bo wielkość i świętość to ostatecznie chyba dwie różne kategorie, kategorie z dwóch różnych porządków, świeckiego i religijnego, które opisują tę samą rzeczywistość – jak wtedy, kiedy tak wykonuje powierzone sobie zadania, tak wypełnia nałożone na niego, czy to przez niego samego, to jest przez jego rozmaite wybory, czy też przez innych, obowiązki, że wszystkie te zadania i obowiązki są spełnione bez zastrzeżeń, że jego za realizacją tych zadań i obowiązków zupełnie nie widać, że jest on ze swoim wysiłkiem, ze swoją pracą zupełnie niezauważany. Ot, dyskretny bohater (nawiązuję do tytułu jednej z powieści Llosy).

Nie chodzi o to, zastrzec muszę, po pierwsze, by dać sobą pomiatać i by jeszcze z tego pomiatania sobą się cieszyć. Nie, to byłoby nieludzkie i, w konsekwencji, niechrześcijańskie – chrześcijaństwo jest ludzkie, skrojone jest na ludzką miarę; to byłoby niedorzeczne. Idzie tu o dyspozycję wewnętrzną. Można dyspozycję tę opisać tak: po pierwsze, robię to, co do mnie należy, czymkolwiek by to było; po drugie, robię to dobrze, nie po łebkach, solidnie – choć to za słabo powiedziane: robię to całym sobą, na sto procent swoich możliwości, na tyle, na ile mnie w danym momencie stać, na tyle, ile mogę z siebie w danej chwili wykrzesać, dać; po trzecie, zgrywam, stapiam, harmonizuję się – tak bym to wysłowił – z tym, co robię, znajduję się, znajduję siebie w tym, co wykonuję; oraz – po czwarte, nie oczekuję za to, co robię, uznania, pochwały; czym innym jednakże od uznania czy pochwały, trzeba zaznaczyć, jest, i tego należy oczekiwać, a nawet niekiedy trzeba się tego domagać, słuszna zapłata, należne wynagrodzenie. Co do tej pochwały: ona może nadejść, ale je nie mogę jej oczekiwać i jej się domagać; i nie mogę, kiedy nie nadchodzi, kiedy jej nie ma, mieć do nikogo o tę jej nieobecność żalu, pretensji. Niełatwa postawa, prawda? Niełatwa, ale, myślę, wcale nie niemożliwa; i to tak w wersji, by tak to ująć, laickiej, świeckiej, areligijnej, jak religijnej. Bardzo tej postawy sobie życzę. Sobie jej życzę i wszystkim. I chcę o taką postawę (czy nie będzie od niej zależne szczęście?) w swoim życiu się strać; i chcę o nią walczyć; jako człowiek wiary, przy pomocy, a jakże, łaski, chcę ją wypracowywać.