Czwartek, 24 sierpnia 2017

imieniny: Bartłomieja, Malwiny, Jerzego

RSS

Bezmiar ludzkiej życzliwości

18.07.2017 07:00 | 0 komentarzy | OK

Najważniejszą rzeczą było mieć własne gumowce i dużą dawkę optymizmu. Reszta pozostawała w rękach ludzi dobrej woli, na których powodzianie mogli liczyć. Takiego bezmiaru wody i takiego bezmiaru ludzkiej solidarności „Dziesiątka” z Ostroga już nigdy nie doświadczyła.

Bezmiar ludzkiej życzliwości
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Syzyfowa praca

Kiedy Henryka Białuska wspomina wydarzenia sprzed 20 lat, pamięta przede wszystkim ogromną pracę i poświęcenie ludzi, którzy ratowali szkołę. – To była z naszej strony taka syzyfowa praca, ale wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że wszystkie te działania są bezsensowne. Przed falą wynosiliśmy sprzęt AGD oraz RTV do pracowni stolarskiej, w której układaliśmy wszystko na wysokich stołach. Wydawało nam się, że jest to najlepsze zabezpieczenie przed ewentualną wodą – wspomina ówczesna dyrektorka SP10 (obecnie Zespół Szkół Specjalnych), która wraz z pracownikami pozostała w szkole tak długo, jak tylko można było. Dopiero po komunikacie o konieczności opuszczenia wszystkich placówek ze względu na podwyższający się stan Odry, wróciła do domu. – Na Ostrogu mieszkał nasz konserwator Jerzy Fuhs, który cały czas monitorował stan wody. Dopóki działały telefony to do mnie dzwonił i relacjonował, jaka jest sytuacja. Rano nie miałam od niego żadnej informacji, więc założyłam gumowce i ruszyłam do pracy, ale zatrzymałam się przy placu Mostowym – opowiada pani Henryka.

Do szkoły wróciła dopiero wtedy, gdy można było drogę pokonać pieszo. Wraz z nią stawili się wszyscy pracownicy, nawet piątka tych, których domy też ucierpiały w powodzi. – Jak zobaczyłam w sali gimnastycznej parkiet wysadzony na 1,5 metra w górę, to się przeraziłam. W świetlicy znalazłam zabawki powbijane w sufit, a w salach lekcyjnych dwa pianina. Woda wyniosła je tak wysoko, że jedno znaleźliśmy na ławkach, a drugie leżało na meblościance do góry nogami. Gdy chcieliśmy je postawić, rozleciały się jak domki z kart – mówi Henryka Białuska.

Pierwszy dzień sprzątania pamięta dobrze Grażyna Płonka, wtedy jeszcze nauczycielka, a później dyrektorka szkoły. – Moja koleżanka Iwona Chojecka uprzedzała: tylko nie wchodź do swojej klasy, bo się załamiesz. I miała rację. Najpierw trzeba było pokonać błoto i przyzwyczaić się do tego charakterystycznego kwaśnego zapachu, który utrzymywał się bardzo długo na terenach zalanych. Jak zobaczyłam zniszczone albumy, które przez tyle lat tworzyłam, to się załamałam – opowiada pani Grażyna, która podkreśla, że przy porządkowaniu szkoły i jej otoczenia bardzo pomocni okazali się żołnierze.

Wiosną placówka dostała nową instalację gazową, meble i sprzęt AGD, więc pracownicy usiłowali ratować wyposażenie czyszcząc je. – Pamiętam, że przyjechał do nas jakiś urzędnik z kuratorium i przekonywał, że nie możemy sobie pozwolić na żadne marnotrawstwo i to co się da, trzeba odzyskać. Po raz kolejny podjęliśmy się syzyfowej pracy, bo ze względów bezpieczeństwa, sanepid nie dopuścił niczego do użytku – tłumaczy Henryka Białuska.