Piątek, 26 kwietnia 2019

imieniny: Marzeny, Klaudiusza, Marceliny

RSS

Wyrzucił kota z trzeciego piętra. Sprawę bada policja

17.08.2016 19:00 | 6 komentarzy | eos

Viktoria, pomimo swoich 10 tygodni, nie miała szans w zetknięciu z brutalnością i bezwzględnością człowieka.

Wyrzucił kota z trzeciego piętra. Sprawę bada policja
Viktoria, którą mieszkaniec ul. Staszica wyrzucił z trzeciego piętra, nie dostała drugiej szansy
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Mieszkaniec ul. Staszica, 22 lipca białego maluszka wyrzucił przez okno z trzeciego piętra. Zwierzę spadło na dach samochodu. Zauważył to inny mieszkaniec, który zaraz po zdarzeniu, ok. 21.00 powiadomił policję, a ta z kolei raciborskie schronisko. Prześwietlenie wykazało, że na skutek upadku, kręgi kota zbiły się ze sobą. Odeszła, choć powodem jej śmierci był nie upadek, ale zbierająca śmiertelne żniwo wśród zwierząt parwowiroza. – Kotka nie wyglądała na zdrową, być może zaczęła chorować i właściciel dlatego ją wyrzucił – zastanawia się kierownik schroniska dla zwierząt w Raciborzu Wanda Mruczyńska.

Do domu przygarnęła innego młodego kociaka z urazem miednicy, którego również skrzywdził człowiek. Do schroniska przywieziono go z policji, która prowadzi dochodzenie w obu sprawach znęcania się nad zwierzętami.

Aktualnie w raciborskim schronisku jest ok. 90 zwierząt, w tym dwa koty. Niezależnie są jeszcze koty schroniskowe. – Mamy wiele fajnych piesków, niektóre już poszły do adopcji, inne czekają na sterylizację i nowego właściciela – mówi szefowa przytuliska.

Śmiertelna parwowiroza

Dla zwierząt żyjących w tak dużym skupisku, poważnym zagrożeniem jest wspomniana parwowiroza. – Zwierzę, które trafia do nas z wirusem, może zarazić inne. O ile psy są w oddzielnych kojcach, to dla kotów nie mamy pojedynczych klatek. Wystarczy więc jeden chory, aby zarazić pozostałe. Nie ma schroniska, w którym nie byłoby parwowirozy. Chore zwierzęta należy szybko wyłapać, odizolować i zdezynfekować miejsca, w których przebywały – tłumaczy kierownik Mruczyńska. Jak radzić sobie, aby uniknąć parwowirozy? – Nie możemy od razu szczepić kotów, które do nas trafiają, bo nie mamy pewności czy są zdrowe. Przeciwko parwowirozie szczepimy małe koty. W tym roku choroba mocno zaatakowała, jest mokro i duszno, wirusy więc szybko się rozmnażają – przyznaje. Obecnie najgroźniejsze są te, wywołujące bezobjawowy przebieg choroby, a więc nie powodujące apatii, braku apetytu, wymiotów, biegunki, a na koniec biegunki krwotocznej. – Czasem jedziemy po kilka psów pod rząd i nie wiadomo, który jest chory. Mieliśmy przypadek, gdy zarażona suka w ciągu trzech dni padła na parwowirozę, a przy tym nie wykazywała żadnych objawów tej choroby. Nie wiedząc o tym, woziliśmy inne psy służbowym samochodem, wśród których dwa zostały zarażone. Ponieważ robi się chłodniej, problem nie będzie narastał – twierdzi pani kierownik. I dodaje: – Od kiedy tu jestem, nigdy nie miałam parwowirozy w schronisku. Jak się pojawiał wirus, to na kwarantannie. W zeszłym roku mieliśmy pojedyncze przypadki.

Lato niełaskawe dla zwierząt

Przez ostatnie dwa tygodnie pracownicy wyjeżdżali częściej niż zwykle po zwierzęta. Szczególnie do podraciborskich gmin, a także Kietrza, gdzie ludzie wypuszczają niechciane „pupile”. Do schroniska pani przywiozła psa ze stacji benzynowej. Przez kilka dni czekał tam i podbiegał niemal do każdego samochodu. – Czasami ludzie wypuszczają zwierzęta przed schroniskiem lub przerzucają za ogrodzenie – opowiada pani kierownik. Dzięki współpracy z OTOZ, koty trafiają do domów tymczasowych. Pomimo, że latem trudniej prowadzić adopcje, wiele zwierząt udaje się umieszczać w nowych domach. Przed dwoma laty, o tej porze w schronisku było ok. 200 zwierząt a obecnie jest o połowę mniej.

Ewa Osiecka


Leczenie parwowirozy u zwierząt, to jak jazda bez trzymanki

O dramatach zwierząt, których los podzieliła kotka wyrzucona przez okno trzeciego piętra, walce z parwowirozą i niełatwą współpracą OTOZ z instytucjami, które z urzędu są predestynowane do interweniowania w przypadkach znęcania się nad zwierzętami – opowiada inspektor Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt „Animals” w Raciborzu Małgorzata Malik-Kęsicka.

– Czy Viktoria nie miała żadnych szans na przeżycie?

– Daliśmy jej takie imię, bo przeżyć takie zdarzenie, to już jest zwycięstwo. Mężczyzna, który ją znalazł zadeklarował, że weźmie ją nawet kaleką. Co więcej, uratował jej życie, trzymając po upadku w pionie przez 10 minut, aż znów zaczęła oddychać. Czekał więc na nią ciepły dom, gdzie już mieszka kot po wypadku. Ubolewam, że jako partnerzy schroniska nie zostaliśmy natychmiast poinformowani o kotce specjalnej troski, która powinna trafić pod naszą opiekę. Schronisko jest zamykane o godz. 16.00, żal myśleć, że swą pierwszą po wypadku noc spędziła w nieznanym sobie miejscu, w stresie i bólu. Zorganizowalibyśmy dla niej dom tymczasowy, gdzie byłaby pod stałą opieką, dokarmiana i doglądana co dwie godziny. Po godzinach pracy, Viktoria pozostawała sama w schronisku od piątku wieczorem do poniedziałku. Po informacji uzyskanej od weterynarz z przytuliska, zaopiekowała się nią inspektor OTOZ Danuta Miguła, która ma doświadczenie w prowadzeniu domu tymczasowego. Podobnie było z kotem, którego z potłuczoną miednicą, znaleźli przechodnie z pieskiem i odnieśli do schroniska. Trafił do nas za późno i też odszedł na parwowirozę.

– Skąd ta choroba u tych zwierząt?

– Wykluczamy jakiekolwiek inne możliwości zarażenia wirusem poza schroniskiem. Oba kociaki poległy w ciężkich bólach. Viktoria walczyła ponad tydzień, drugi z kotów poddał się szybciej. Miały krótkie życie. Okaleczone przez człowieka, zasługiwały na drugą szansę. Chorobę wyniosły ze schroniska. Od czterech miesięcy co rusz objawia się w kociarni, wśród szczeniaków, a nawet u dorosłych psów. Choroby nie można ignorować i przy pierwszych objawach należy odseparować zwierzęta, lepiej na wyrost, niż za późno. Potem ratowanie ich, to niemal, jak jazda bez trzymanki. Młode mają 5 – 10 proc. szans na przeżycie, przy dobrej opiece weterynaryjnej i zaangażowaniu opiekuna.

– Co można dla nich zrobić?

– W warunkach schroniskowych nie ma możliwości intensywnego leczenia. Uczulam pracowników, żeby nie ignorowali nietypowych zachowań zwierząt. Trzeba też narzucić sobie dyscyplinę higieny (rękawiczki jednorazowe, zmienne fartuchy i obuwie, maty nasączone Virconem), łącznie z dezynfekcją całych powierzchni, kuwet, misek i legowisk. Inaczej nie mają szans, zwłaszcza młode zwierzaki, które nie nabyły jeszcze odporności i te starsze już jej pozbawione. Najgorsza sytuacja jest w kociarni, gdzie koty – po przymusowej kwarantannie – są we wspólnym pomieszczeniu. Jeśli więc jeden zachoruje, to zaraża całe stado. W tym roku mieliśmy śmiertelne przypadki, również po wydaniu zwierząt do adopcji.

– Jak zapobiegać rozprzestrzenianiu się parwowirozy?

– Legowisk chorych zwierząt nie należy wyrzucać (najlepiej spalić), aby nie doprowadzić do epidemii w mieście wśród kotów wolno żyjących i działkowych, które mogą szukać na śmietnikach pożywienia. Patrząc na zwierzęta, które mając ochronę przeciwbólową i antybiotykową, strasznie cierpią z powodu parwowirozy, nie do zniesienia jest myśl o tych bez opieki lekarskiej, bez środków bólowych, które gdzieś odchodzą w samotności.

Podziękowania za pomoc należą się sponsorom, wolontariuszom i inspektorom OTOZ oraz weterynarzom, bez których nie moglibyśmy funkcjonować. Dzięki nim udało się ostatnio uratować szczeniaka Kapsla ze schroniska, który po 10 dniach walki już nie ma objawów parwowirozy, zaczął jeść i musi biegać za dwóch, bo jego mały przyjaciel z boksu nie przeżył.

– Sprawy znęcania nad zwierzętami trafiają na policję, do prokuratory, informujecie powiatowego lekarza weterynarii. Jak układa się wasza współpraca?

– Z zazdrością patrzę na inspektoraty, którym dobrze współpracuje się z tymi instytucjami. Życzyłabym sobie, aby postrzegano nas, jak ludzi strzegących praw zwierząt. Podczas jednej interwencji na ogródkach działkowych, gdzie w małym kurniku, w złych warunkach przetrzymywane były już niemal całkowicie pozbawione piór kury, pani doktor reprezentująca powiatowego lekarza weterynarii, wezwana do zbadania zdrowotności ptaków, nie tylko lekceważąco odnosiła się do nas, ale też wyśmiała naszą organizację. Nikt nie musi nas lubić, ale wymagamy szacunku dla naszego zaangażowania. Nie czujemy się partnerami, a szkoda, bo dobrze obeznani jesteśmy z przepisami chroniącymi prawa zwierząt, często lepiej niż inni zajmujący się tym z urzędu.