Poniedziałek, 16 września 2019

imieniny: Edyty, Kornela, Kamili

RSS

Serowy zgrzyt na jarmarku

24.03.2016 00:35 | 27 komentarzy | tora

Handlowiec z Gdyni poczuł się oszukany. Według Izby Gospodarczej w Wodzisławiu Śląskim nie dotrzymał umowy i popsuł atmosferę.

Serowy zgrzyt na jarmarku
Sebastian Parasiński przy swoim stoisku
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

- Pierwszy raz jestem na tym jarmarku i na pewno ostatni. Trzynaście lat jeżdżę po jarmarkach w Polsce i nigdy w ten sposób nie zostałem potraktowany przez organizatora – mówi Sebastian Parasiński, handlowiec z Gdyni. - Szkoda, że nie wywiązuje się z tego, do czego się zobowiązał - odbija piłeczkę Krzysztof Dybiec prezes Izby Gospodarczej w Wodzisławiu Śl., która organizuje Wodzisławski Jarmark Wielkanocny. - Dla mnie to kolejne doświadczenie i nauczka na przyszłość – dodaje prezes IG. O co chodzi?

Telefon radnej

14 marca zadzwoniła do redakcji radna Grażyna Pietyra mówiąca, że razem z radnym Marianem Plewnią odwiedziła jarmark chcąc zobaczyć, w jaki sposób wszystko funkcjonuje. Spotkali się z dosyć zaskakującą opinią handlowca, który przyjechał do Wodzisławia Śl. z Gdyni. Następnego dnia spotkaliśmy się z handlowcem. - Żeby dostać się na jarmark trzeba wypełnić kartę zgłoszenia. Napisałem w niej, że reprezentuję branżę serów z Podlasia, pierogów z ciasta razowego i serów góralskich. Dostałem wiadomość, że zgłoszenie zostało przyjęte, że mogę się pakować i przyjeżdżać. Dostałem jeszcze telefon, że mamy pilnie zapłacić za jarmark. Zapłaciłem 615 zł i przyjechaliśmy – mówi przedsiębiorca.

Serów nie wolno

Pobrał klucze z domku i zaczął się rozstawiać. Mówi, że po kilku godzinach podszedł do niego organizator, jak się później dowiedział - Krzysztof Dybiec - i nakazał mu się usunąć. - Na moje pytanie „Dlaczego?” odparł, że z powodu tego, iż mam w ofercie sery, o czym nie wiedział. Ja na to, że przecież w karcie zgłoszenia napisałem o serach. Przecież, gdybym nie dopełnił formalności, to nie zostałbym przyjęty i nie dostałbym kluczy. Organizator twierdził, że jego to nie interesuje, że jest druga budka z serami i nie mogę nimi handlować. Powiedziałem, że w porządku, mogę wracać do domu, jeśli pokryje mi koszty, albo odda pieniądze za domek. Powiedział, że nie odda mi pieniędzy i że mam.... uciekać – opowiadał handlowiec. Dodał, że organizator zachowywał się nieelegancko, wręcz groził wyrzuceniem przy pomocy policji czy straży miejskiej. Sebastian Parasiński mówi, że wynajęta do sprzedaży dziewczyna miała zrezygnować w niedzielę, bo miała dość nachodzenia, straszenia. Kiedy spotkaliśmy się z Sebastianem Parasińskim akurat wypisywał informację dla klientów brzmiącą „Szanowni klienci, z powodu celowego i złośliwego odcięcia prądu przez Izbę Gospodarczą zmuszeni jesteśmy do obsługi państwa w utrudnionych warunkach”. Sprzedawca tłumaczy, że musiał kupić wagę na baterię, by w ogóle obsługiwać klientów.

A gdzie pierogi?

Im dłużej słuchaliśmy handlowca, tym mniej chciało nam się wierzyć w jego słowa. To kolejny jarmark organizowany przez Krzysztofa Dybca i Izbę Gospodarczą w Wodzisławiu. Nigdy dotąd nie dotarł do nas sygnał od niezadowolonych wystawców. - Chcemy, aby jarmarki były cykliczne, ale żeby takie były, to wystawcy muszą być zadowoleni. To podstawa – mówi Krzysztof Dybiec. Jednym z warunków powodzenia handlu jest różnorodność oferty, zatem dbanie, by towary w miarę możliwości nie powielały się na stoiskach. - Kiedy więc Izabela Kalinowska (dyr. biura IG) powiedziała, że przyjedzie firma z Gdyni z pierogami, ucieszyłem się. Kiedy potem sprawdzałem wpłaty zauważyłem, że w tytule przelewu z tej firmy pisało „sery”. Dyrektor powiedziała mi, że to wyjaśniła z handlowcem. Głównie miał mieć pierogi, a sery dodatkowo, ale nie korycińskie, ani oscypki, bo by się powielały z ofertą naszego wystawcy, wiceprezesa IG – mówi Krzysztof Dybiec.

Niezdrowa konkurencja

Na wpuszczenie bezpośredniego konkurenta nie mógł sobie pozwolić zwłaszcza, że wiceprezes Izby dodatkowo wsparł organizację jarmarku sceną, namiotami, ludźmi do pomocy. Tymczasem sprzedawca z Gdyni rozłożył się w czwartek 10 marca z samymi serami. - Mówię mu, że nie może tym handlować. On na to, że będzie, że pisał o tym w mailu. Ja mu na to, że przecież przede wszystkim miał mieć pierogi, a nie ma ich wcale. On z kolei, że będzie miał pierogi we wtorek – mówi prezes IG. Wydawało się, że panowie dogadają się – handlowiec z Gdyni zostaje do niedzieli, a prezes Izby zwraca pieniądze za stoisko. Na poniedziałek miał już załatwionego nowego kupca, żeby domek nie stał pusty. - Wysłałem mu w sobotę sms, że w niedzielę po godz. 18.00 odbieram klucz. To zadzwonił, że już naprodukował pierogów i nigdzie się nie rusza – mówi Krzysztof Dybiec.

Bezsilność

Prezes Izby tłumaczył handlowcowi, że nie może wycofywać się z ustaleń. Ten jednak nie dawał za wygraną. - Skończyłem z nim rozmowę, oświadczyłem, że w niedzielę przychodzę odebrać klucze – mówi prezes Izby. Rozmawiał ze strażą miejską, że ma problem z handlowcem, który bez umowy zajmuje budkę. Umowy z handlowcem nie podpisał twierdząc, że nie może tego zrobić, bo sprzedaje inny towar, niż wynikało z ustaleń. Strażnicy oświadczyli, że rozstrzyganie o zajmowaniu domku na podstawie umowy, czy bez nie jest ich kompetencją. Policjanci poradzili, że Izba może dochodzić swoich praw sądownie. Inną możliwością było wynajęcie firmy ochroniarskiej i przymusowe wyprowadzenie z budki. - Mówię mu to, pytam czemu się nie możemy dogadać, obydwaj jesteśmy w biznesie – mówi prezes.

Zepsuty klimat

Handlowiec poczuł się zastraszany i zaczął interweniować, m.in. zawiadomił naszą gazetę, WCK, skąd pochodzą domki, pożalił się radnym. Ostatecznie we wtorek wieczorem spakował się, zdał klucze, Izba rozliczyła się z nim z pieniędzy za domek i wyjechał. - Zachował się wobec nas nieuczciwie i narobił niezdrowej atmosfery. Nam zależy, żeby jarmarki były udane. Nie chcemy tego po prostu odhaczyć, że się odbyło. Dlatego organizujemy imprezy towarzyszące, staramy się, żeby była urozmaicona oferta handlowa, bo chcemy, żeby wystawcy do nas wracali. Owszem, są dwa stoiska z wędlinami, ale to różny asortyment, i dobrze schodzą. Za to mój wiceprezes na jarmarku przed Bożym Narodzeniem z serami wyszedł na zero, więc jakby teraz miał utarg dzielić na pół, to w ogóle handel mijałby się z celem – mówi Krzysztof Dybiec.

Zluzowane przez handlowca z Gdyni stoisko nie zostało puste. Następnego dnia zajął je lokalny przedsiębiorca sprzedający m.in. pierogi.

(tora)