Niedziela, 18 sierpnia 2019

imieniny: Heleny, Bronisława, Ilony

RSS

Właściciel Majki nie czuje się oprawcą

14.01.2016 08:39 | 3 komentarze | eos

Po tym, jak właściciel suczki Majki odmówił nam rozmowy, sam przyszedł do redakcji, aby wyjaśnić zarzuty, jakie stawiają mu wolontariusze OTOZ i sąsiedzi posądzający go o znęcanie się nad psem. O tym co wiedzieli i jak reagują na traktowanie zwierząt przez Grzegorza O. pisaliśmy w artykule „Czy suczkę Majkę czeka los maltretowanego Kuby?

Właściciel Majki nie czuje się oprawcą
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

– Na okrągło mają do mnie pretensje. Ostatnio piesek w czasie zabawy złamał pazurek i już był telefon, że psu łapę połamałem. Policja i inspektor weterynaryjny badali pieska 40 minut. Kulał, bo nie miał pazurka – tłumaczy się właściciel Majki. Opowiada, jak musiał suczkę znosić, bo była nienauczona chodzić po schodach i strasznie piszczała. Stąd wzięło się, że znęca się nad psem. – Nie kopnąłem psa, następnym razem niech nas nagrają na telefon – mówi.

Tłumaczy się, że pies jest wystraszony, ponieważ został wzięty do schroniska z interwencji i pewnie ktoś się wcześniej nad nim znęcał. Suczka nie umie chodzić na smyczy. – Kiedy zakładałem obrożę, to załatwiała się pod siebie. Do tej pory, jak zamiatam czy myję podłogę mopem, to ucieka. Bardzo jest bojaźliwa, ale na podwórku cieszy się i biega – twierdzi.

Grzegorz O. wyjaśnia, że wziął ze schroniska pieska, który był ostatni dzień na kwarantannie. Suczka miała wtedy cztery miesiące. – W trzy dni po adopcji przyszła pierwsza kontrola, pani z Towarzystwa (Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Zwierząt – przyp. autora) z innym panem. Pani chciała kupić ode mnie tego pieska. Podczas kontroli stwierdzili, że piesek jest zastraszony. Majka nie umiała chodzić na smyczy, ale kiedy spuściłem ją dostałem mandat. Ktoś z sąsiadów zadzwonił, że piesek biegał bez smyczy. Policja złożyła wniosek o ukaranie z art. 77 Kodeksu Wykroczeń – opowiada, jak zaczęły się jego problemy.

Skąd informacja, że zabiłem poprzedniego psa? – pyta oburzony. I tłumaczy: – Dzwoniłem do pani inspektor, że powinna iść do weterynarza i wziąć kopię rachunku. Przez trzy tygodnie leczyłem psa, bo miał wypadek, rowerzysta wjechał mu w bok. Pani weterynarz po trzech tygodniach sama stwierdziła, że trzeba go uśpić. W tym czasie byłem na operacji w szpitalu, przez te dni sąsiad wyprowadzał psa i widział, w jakim jest stanie – dodaje.

Ma dosyć tej całej stresującej sytuacji. – Pani policjant, która przyszła do mnie sprawdzić, jakie warunki ma piesek, czy ma karmę i wodę, powiedziała, że oni przesadzają, że nie mają takich praw, nie muszę ich wpuścić i pokazać psa, chyba że przyjdzie policja. Jak chcą zobaczyć pieska to mają się telefonicznie umówić na spotkanie. Nie mogą mnie nękać w domu – cytuje za funkcjonariuszką, co powinien zrobić, gdy kolejna wizytę złożą mu przedstawiciele OTOZ.

Pytany, jak sam reaguje na ich wizyty, przyznaje że używa wulgarnych słów: – Jestem w stosunku do nich bardzo agresywny, szczególnie teraz jak pracownik OTOZ mnie pobił – oznajmia i opowiada, jak do jego drzwi zapukał mężczyzna, jak kazał mu czekać i zadzwonił na policję. – Uciekł, poszedłem za nim, to mi skopał nogę i odjechał samochodem. Byłem pod wpływem alkoholu, nie chciałem się bronić, bo byłbym winny. Na policji zgłosiłem nękanie i pobicie – mówi.

Grzegorz O. zaprzecza też, że otworzył drzwi policji z nożem w ręce: – Gdybym wyciągnął nóż, to mają prawo do mnie strzelić.

Zapytany, czy dla zażegnania konfliktu, nie zamierza oddać psa, stwierdza: – Absolutnie nie, byłoby to przyznanie się do winy. Jestem niewinny, nie znęcam się, nie maltretuję tego psa. Zawsze jakiś piesek był w domu. Przed śmiercią mamy mieliśmy dwa psy i dwa koty. Moja mama zawsze miała psy, kochała je i tego też mnie nauczyła.

Ewa Osiecka