środa, 18 października 2017

imieniny: Juliana, Łukasza, Bratumiła

RSS

Samowolka czy przekręt w kopalni piasku Kotlarnia?

07.06.2014 11:29 | 3 komentarze | woj

W niejasnych okolicznościach Kopalnia Kotlarnia, wydobywająca piasek w Siedliskach, wyszła poza teren wydobycia. Sprawa zbulwersowała samorząd gminy, który stoi przed trudnym wyborem. Ratować zakład czy przyglądać się jak upada? Nie pomagają okoliczności, które wskazują że kopalnia wprowadziła radnych w błąd. Kotlarni grozi teraz utrata koncesji.

Samowolka czy przekręt w kopalni piasku Kotlarnia?
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Kopalnia wydobywa kruszywo tam gdzie nie powinna, radni czują się oszukani i nie wiedzą czy wspierać przedsiębiorcę czy pozwolić mu upaść.

Samowolka, uchybienie czy przekręt? Wydobycie poza granicami dobrego smaku

Kuźnia Raciborska. Kopalnia piasku Kotlarnia działa na terenie gminy Kuźnia Raciborska ponad 10 lat. Uruchomienie kopalni od początku budziło sprzeciw części mieszkańców Turza, Rudy i Siedlisk – wiosek, przy których odbywa się wydobycie. Pomimo tych obaw, przedsiębiorcy przekonali do siebie ówczesną radę gminy i otrzymali zielone światło dla swojej działalności. Kolejne lata mijały pod znakiem przejmowania sąsiednich pól bogatych w złoża kruszyw. Coraz częściej słychać było narzekania, że zyski z obecności kopalni nie pokrywają kosztów jakie generuje. Chodziło głównie o rozjeżdżone drogi, którymi TIR-y wywoziły wydobyty piasek i kamienie.

W połowie 2013 r. na sesję rady miejskiej przyszedł prezes kopalni Krzysztof Kolczyk w towarzystwie dyrektora zakładu Tadeusza Pycia. Oboje przekonywali radnych do zgody na poszerzenie obszaru wydobycia. Aby koparki mogły wjechać poza obrys granic wydobycia, potrzebna była zmiana planu zagospodarowania przestrzennego, który muszą zaopiniować radni. Przedsiębiorcy mówili wówczas o kilku hektarach, na których wydobycie miało przedłużyć funkcjonowanie kopalni o dwa lata. W rezultacie radni dali zgodę tylko na częściowe poszerzenie granic.

Wiedzieli wcześniej

29 maja, podczas ostatniej sesji rady miejskiej, przewodniczący rady Manfred Wrona opowiedział zebranym samorządowcom o sytuacji, która wprawiła wszystkich w osłupienie. – Kotlarnia fedruje na terenie, na którym rada nie dała im zgody – rozpoczął. Pewne jest, że ich maszyny wyszły na 2 hektary poza granice wydobycia określone w planie zagospodarowania, a kolejne hektary są pod wydobycie przygotowywane (zdjęto wierzchnią warstwę ziemi). Fakt ten wyszedł na jaw niedawno i poruszył lawinę kolejnych zdarzeń.

W kuźniańskim magistracie odbyło się spotkanie władz miejskich i gminy z przedstawicielami kopalni. Manfred Wrona streścił tę rozmowę. Prezes Kotlarni nie zaprzeczył wyjściu poza wspomnianą granicę, choć uważał, że nie stało się nic wielkiego. Twierdził, że posiada koncesję na wydobycie w tym miejscu (koncesję taką wydaje kopalni marszałek). Urzędnicy pytali dlaczego więc, pomimo posiadanej koncesji, kopalnia prosiła w zeszłym roku radę o zmiany w planie zagospodarowania? Na to pytanie nie udzielono jednoznacznej odpowiedzi. Na dokładkę wyszło na jaw, że kiedy przed rokiem prezes Kolczyk prosił radnych o przychylność, maszyny fedrujące były już poza obszarem wydobycia określonym w planie zagospodarowania – wynika z map, które kopalnia musi okresowo składać w urzędzie górnictwa.

Mogą stracić koncesję

Urzędnicy, choć zaskoczeni, ocenili, że korzystniej byłoby spróbować wyjść z całej sytuacji z twarzą. Przy okazji chcieli uchronić Kotlarnię przed ewentualną utratą koncesji, co może jej grozić w przypadku udowodnienia naruszenia przepisów.

Kilka dni po opisanym spotkaniu w urzędzie, władze Kotlarni wystosowały wniosek do biura rady miejskiej. Zwracają się w nim o korektę planu zagospodarowania przestrzennego tak, aby dopasować na mapie granice wydobycia do stanu faktycznego. We wniosku nie znalazło się jednak stwierdzenie, na które nalegał Manfred Wrona, a które miało wskazywać, że zamieszanie jest wynikiem błędu lub uchybienia kopalni. – Jakie gmina ma w tym świetle możliwości? – zastanawiał się przewodniczący rady, a pytanie kierował do radcy prawnego magistratu.

Prosta sprawa?

O całym zamieszaniu urzędnicy poinformowali wcześniej marszałka. To u jego służb przedsiębiorcy musieli złożyć dokumentację, która miała potwierdzić prawo do wydobycia na konkretnym terenie.

Mecenas Aleksander Żukowski wyjaśnił radnym, że sprawa jest prosta, a samorząd gminny nie ma wielu możliwości. Od strony prawnej sprawę zbada marszałek i to on będzie musiał stwierdzić czy doszło do złamania prawa. Rola rady miejskiej ogranicza się do przyglądania się z boku. – Radni mogą co najwyżej wprowadzić zmiany w planie zagospodarowania tak żeby odpowiadał stanowi faktycznemu – powiedział radca.

Radni, którzy słusznie czuli się oszukani, wyraźnie nie byli zadowoleni brakiem narzędzi. Pojawiły się obawy, że dostosowanie planu do samowolki może być precedensem i zachęci innych do podobnej praktyki. Nie było jednak pomysłu na to co robić dalej. Sprawa była za świeża, a radni zbyt zaskoczeni. Wszyscy jednak rozumieli, że decyzja o korekcie planu będzie korzystna dla Kotlarni, która zdobyłaby w ten sposób mocny argument przy spowiedzi u marszałka.

Sprawa Laury Szendzielorz

Obawy o precedens bardzo szybko okazały się zasadne. Na sali obrad obecna była Laura Szendzielorz, która posiada grunty graniczące z terenami Kotlarni. Właścicielka wyjaśniła radnym, że również posiada koncesję na wydobycie lecz przez złośliwość władz Kotlarni, jej działalność jest blokowana. Zapowiedziała, że jeśli radni pójdą na ustępstwa wobec kopalni, jest ona gotowa wykorzystać to na swoją korzyść. Próbowała jednak przekonać samorządowców do konstruktywnych działań mających na celu złagodzenie sytuacji i jednocześnie pomóc w jej negocjacjach z większym sąsiadem.

Sąsiedzki konflikt po raz kolejny zaskoczył samorządowców, którzy myśleli, że znają już wszystkie negatywne informacje o kopalni kruszyw. Postanowiono, że odbędzie się spotkanie z Laurą Szendzielorz, którego celem ma być znalezienie konsensusu. W sprawie korekty planu zagospodarowania, o co prosi Kotlarnia, decyzja ma zapaść w najbliższym czasie. Radni muszą znaleźć wyjście gwarantujące im, że nie zostaną po raz kolejny nabici w butelkę. Należy pamiętać, że ostateczna decyzja o dalszym losie Kotlarni leży w rękach marszałka.

Marcin Wojnarowski